Gapiłam się na wielką żelazną bramę, oddzielającą Akademię od reszty świata. Wiatr targał moim ubraniem i włosami, które wpadały mi do oczu, jakby chciały zrobić mi na złość. Odetchnęłam głęboko, wciągając do nosa resztki świeżego powietrza, pachnącego roślinnością i nieuchronnie zbliżającym się deszczem. Nie wiedziałam czego spodziewać się po tym miejscu ... jak przyjmą takie dziwactwo jak ja? Słyszałam wprawdzie że jest to szkoła dla takich dziwolągów, ale i tak byłam pełna obaw. W końcu bycie pół - wilkiem to nie sielanka. Przełknęłam ślinę i zacisnęłam dłoń na chłodnej rączce walizki. I tak nie mam wyboru. Upomniałam siebie w myślach. Podeszłam bliżej bramy i otworzyłam ją. Metal w dotyku był zimny i nieprzyjemny, a zawiasy lekko zaskrzypiały przy otwieraniu. Ktoś powinien je naoliwić. Weszłam na żwirową ścieżkę, która prowadziła wprost do wielkiej budowli z szarego kamienia, przywodzącej na myśl zamek. Moje kroki były najgłośniejszym dźwiękiem w okolicy, kiedy żwir chrzęścił mi pod stopami. Po minucie marszu stanęłam przed chyba stuletnimi dębowymi na moje oko drzwiami. Mimo przeczucia że to wręcz zabytek, były lśniące i zadbane. Na środku miały złotą tabliczkę z napisem: Magicules Creaturis Academy, napisanym z mnóstwem zawijasów przy każdej literce. Otworzyłam wrota, które uchyliły się bez najmniejszego szelestu. Przekroczywszy próg znalazłam się w ogromnym korytarzu. Ściany były zielono - błękitne, a podłoga brązowa. Sufit mógł pochwalić się śnieżnobiałym kolorem i brakiem choćby plamki brudu. Podziwiają piękno tego miejsca, zaczęłam szukać gabinetu dyrektora. Nie było to takie łatwe. Budynek miał kilka pięter, masę korytarzy i jeszcze więcej drzwi, a ponadto schody prowadzące najprawdopodobniej do piwnicy. Wyrwało mi się ciche westchnienie. Gabinet znalazłam o wiele szybciej niż zakładałam. Mimo iż nikogo nie widziałam na korytarzu, to z łatwością rozpoznałam że ciemne, prawie czarne drzwi to te których szukam. A może sprawiła to tabliczka z napisem Dyrekcja. Lekko zastukałam w drzwi, niepewna czy dźwięk było słychać po drugiej stronie. Chwyciłam klamkę i otworzyłam drzwi. Kiedy weszłam owiał mnie zapach starego papieru, kredy, drewna i atramentu. Mężczyzna siedzący za biurkiem przerwał pisanie w jakimś dzienniku o czerwonej skórzanej okładce. Spojrzał na mnie i już myślałam że zjawiłam się nie w porę gdy na jego twarz wypełzł uśmiech.
- Dzień dobry, jestem Jared Shelton. - przedstawiłam się.
- Witaj panno Shelton. Zapewne przyszłaś by otrzymać klucz do pokoju, prawda? - powiedział, zerkając na pistacjową walizkę, która mówiąc łagodnie nosiła ślady użytkowania.
- Tak. - odpowiedziałam, lekko się uśmiechając by atmosfera nie była taka ciężka. Nie wiem czemu obcy ludzie lekko mnie onieśmielają. Nigdy nie wiem co zrobić by wypaść jak najlepiej. Nerwowo wygładziłam granatowo - białą sukienkę. Mój jedyny w miarę przyzwoity strój.
- W takim razie tutaj masz plan lekcji i klucz. - podał mi obie rzeczy do ręki. Zerknęłam na klucz; nr. 5.
- Dziękuję. - odpowiedziałam i wyszłam z gabinetu. Ruszyłam prosto do pokoju by zostawić walizkę i rozpakować się. Pokój numer pięć, mieścił się na pierwszym piętrze do którego prowadziły duże drewniane schody, jak w jakiejś średniowiecznej rezydencji. Otworzyłam drzwi i znalazłam się w pokoju o białych ścianach, ciemnych panelach i dwoma niewielkim jednoosobowymi łóżkami. Rozejrzałam się po wnętrzu z zachwytem. Mój poprzedni dom, nie był nawet w połowie tak ładny jak to miejsce. Zaraz potem poczułam w ustach gorycz. Z pewnością będzie tutaj mnóstwo wymuskanych snobów z zamożnych rodzin. Będą szpanować pięknymi strojami i wyśmiewać się z takich jak ja. Westchnęłam. Obym tylko nie dostała jakiegoś snoba za współlokatora. Na razie w pokoju byłam tylko ja. Rozpakowałam się i przebrałam w wygodniejsze ubranie, czyli czarne legginsy, kremową bluzkę z czarnym wilkiem i czarno - białe adidasy. Na mojej szyi tradycyjnie znajdował się wisiorek. Czarna skóra i zawieszony na niej drewniany wilk, pomalowany na szaro - rudo, błyskający złotymi oczami. Mój amulet. Wciągnęłam powietrze wąchając mój pokój. Chciałam zapamiętać jego zapach w razie czego. Oczywiście od razu wyczułam zapach książek, dolatujący z małej biblioteczki na ścianie. Prócz niego wyczułam płyn do mycia okien, podłogi i mebli, zapach nowych mebli, resztki powietrza z dworu, który dostał się tu w wyniku wietrzenia i zapach dawno zaschniętej farby i tynku, a nawet cegły. Uśmiechając się wyszłam z pokoju, zabierają ze sobą Mp3. Taki stary grający grat i mój osobisty przedmiocik z mnóstwem rys. Nie mogłam się jednak z nim rozstać, wiązało się z nim zbyt wiele wspomnień ... Wybrałam jeden z utworów Hollywood Undead i włożyłam słuchawki do uszu. Tak przygotowana wyszłam na dziedziniec. Chłodny wiatr uderzył we mnie, ale dzień mimo tego był dość ciepły. Po terenach wokół akademii chodzili uczniowie. Moje uszy zaatakowało mnóstwo dźwięków, ale żaden z nich nie przebił się przez barierę jaką tworzyły moje słuchawki. Zatopiona we własnych myślach postanowiłam sprawdzić czy gdzieś tu nie ma jakiegoś lasu. Jego brak był by straszny, bo gdzie niby miała bym biegać jako wolny wilk? Na szczęście las znalazłam za budynkiem. Stary posępny i zarośnięty bór, skrywał w cieniu wszystkie swoje tajemnice. Powykręcane konary drzew, cierniste krzewy i kruk łypiący czarnym okiem z czubka dębu odpędził by każdego innego człowieka. Ale nie mnie. Mnie on przyzywał, obietnicą przygody, wrażeń, wolności ... wilczej swobody. Podeszłam aż na jego skraj i usiadłam na wielkim korzeniu wystającym z ziemi, niczym naturalna ławka. Zamknęłam oczy i dałam pochłonąć się muzyce i zapachowi lasu. Byłam u siebie.
<Ktoś?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz